Wywiad: Olej z konopi może być trucizną lub cudownym lekiem

marijuana

Dr Arno Hazekamp ukończył biologię na Uniwersytecie w Leiden w Holandii. Początkowo jego zainteresowania dotyczyły biologii molekularnej, następnie otrzymał tytuł magistra z dziedziny nauk biofarmaceutycznych. Studia ukończył z wyróżnieniem w 2000r., po ukończeniu badań nad tradycyjną, tajską medycyną.

W chwili rozpoczęcia studiów doktoranckich jego zainteresowania coraz bardziej zaczęły krążyć wokół konopi, oraz ich zastosowania w medycynie. Skupiał się przede wszystkim na praktycznych przeszkodach, które stoją na drodze do wprowadzenia tej rośliny do świata nowoczesnej medycyny. Zajmował się przede wszystkim analizą chemiczną, kontrolą jakości oraz tworzeniem produktów na bazie konopi współpracując z Bedrocan BV – holenderskim, oficjalnym hodowcą marihuany.

Aktywnie współdziałał również z Ministerstwem Zdrowia w Holandii, współtworząc ich program dotyczący marihuany medycznej. Z czasem stał się gorącym zwolennikiem stosowania tej rośliny do celów medycznych, i propagatorem bardziej naukowego podejścia do jej użycia zarówno na terenie swojego kraju, jak i za granicą.

Po ukończeniu studiów doktoranckich zajął się badaniami nad roślinami leczniczymi, poświęcając szczególną uwagę konopiom. Jako niezależny naukowiec współpracuje z rządem, firmami farmaceutycznymi oraz uczelniami, jak Echo Pharmaceuticals (pracującą nad podjęzykową tabletką uwalniającą THC i inne kannabinoidy), oraz Storz & Bickel (tworzącą waporyzatory do inhalacji medycznej marihuany).

Dr Hazekamp uważany jest za eksperta w kwestii hodowli, kontroli jakości oraz tworzenia leków na bazie konopi. W 2011 roku został kierownikiem wydziału Badań i Rozwoju w Bedrocan BV, gdzie zajmuje się przygotowywaniem badań klinicznych z udziałem marihuany medycznej.

Specjalnie dla czytelników naszej strony zgodził się udzielić długiego wywiadu, w którym poruszyliśmy kwestie najbardziej palące dla nie tylko zwolenników, ale też przeciwników marihuany. Jego bogate doświadczenie, nabyte podczas ponad 10 lat pracy nad zastosowaniem kannabinoidów w medycynie, a także praktyczne podejście do owego zagadnienia są niezwykle cenne. Pozwalają obalić część mitów, a także ujawniają… jak wiele jeszcze będziemy się musieli dowiedzieć o medycznej marihuanie.

Witam Pana. Bardo się cieszę, że zechciał Pan wziąć udział w wywiadzie.

Witam. Otrzymałem Wasze pytania i myślę że jestem dobrze przygotowany. Postaram się na nie odpowiedzieć ale w kwestii niektórych odpowiedzi… cóż, nie ma jasnych odpowiedzi. Nikt tego nie wie. Moim zdaniem to całkiem zabawne, kiedy pytasz o coś naukowca. Bo prawdziwy badacz nigdy nie udzieli ci prostej odpowiedzi na zasadzie „tak” bądź „nie”. One nie istnieją. Prawdziwy naukowiec zawsze powie „więc… to troszkę bardziej skomplikowane”.

I na pewno będą potrzebne kolejne badania, które umożliwią rozwiązanie tych zagadek. Wciąż jednak istnieją ci, którzy twierdzą, że marihuana medyczna może rozwiązać większość ich problemów. Czy popiera Pan to twierdzenie, czy jest Pan temu przeciwny?

Jeśli ludzie uważają, że marihuana może wyleczyć wszystko – będą zawiedzeni. Jeszcze jakiś czas temu to była kwestia opinii, i każdy mógł mówić to co chciał. Mija jednak 10 lat od tych czasów. Obecnie marihuanę można nabyć w USA, Kanadzie, Holandii i innych miejscach, i… zaczynamy widzieć też pierwsze problemy. Po 10 latach można spojrzeć z dystansu na to zagadnienie, i zadać sobie pytanie „czego się nauczyliśmy?” „Co zadziałało, a co nie?”. Byli pacjenci, którzy myśleli że marihuana będzie dla nich ratunkiem i pomoże im zażegnać chorobę raz na zawsze, ale tak się nie stało… Znam ludzi, którzy umarli na raka, mimo że przyjmowali kannabinoidy w ekstremalnie wysokich dawkach, szukali informacji wszędzie, kupowali olej od osób, których można było uznać za godnych zaufania dostawców… Są ludzie, którzy na początku osiągają znakomite efekty dzięki marihuanie, jednak potem po prostu przestaje ona odnosić skutek. Są też ludzie, u których wystąpiły skutki uboczne, których nie mogli znieść – ale to jest normalne.

Każdy rodzaj leku może tak zadziałać. Za każdym razem myślimy, że mamy do czynienia z nowym, cudownym lekarstwem, ale potem zaczynamy zauważać że wcale się od innych leków nie różni. Czasami pomaga, ale ma też działania niepożądane, czasem nie działa wcale, a czasem nawet daje skutki przeciwne do zamierzonych. Jednak jest coś, co szczególnie chciałbym zaznaczyć w przypadku marihuany. Każdy lek produkowany jest w warunkach zapewniających bezpieczeństwo. Nie są niczym zanieczyszczone, nie zawierają bakterii a w przypadku marihuany – nie wiemy tego na pewno. Więc kiedy marihuana nie pomaga, nie można jasno stwierdzić czy to dlatego, że ona sama nie działa, albo zakupiony produkt albo nie posiada w ogóle konopi ani kannabinoidów, więc są po prostu oszustwem, albo zawierają toksyczny rozpuszczalnik, gdzie przykładem może być olej Ricka Simpsona, albo są zanieczyszczone przez wspomniane bakterie. Ludzie szukają odpowiedzi na temat konkretnego produktu, ale jeśli nie znamy jego składu, nikt mu ich nie udzieli – bo nikt nie sprawdził co dokładnie się w nim kryje.

Czy popiera Pan zatem pomysł, by ludzie potrzebujący marihuany medycznej mogli hodować rośliny na własny użytek w domu? Czy też lepiej, by dostawcami pozostali wybrane osoby, które musiałyby podlegać obowiązkowej kontroli?

Historia marihuany zaczęła się od ludzi, którzy hodowali konopie we własnym ogródku. Szanuję to, a także tych którzy się temu poświęcają. Jako naukowiec nauczyłem się od nich wiele. Poza tym to również tradycja, nieprawdaż? Studiowałem biologię, i mój obszar badań obejmował rośliny lecznicze stosowane na terenach Brazylii, Indonezji, Tajlandii i podobnych miejsc. A konopie rosną przecież powszechnie, bez naszej ingerencji, tuż obok mieszkań czy ogródków uprawianych przez tych ludzi. Właśnie ci ludzie pozwolili mi się wiele nauczyć. Ponadto dla nich jest to tradycja. W moim kraju również. I dlatego myślę, że ludzie powinni mieć prawo do prowadzenia własnej hodowli bo… to lepsze niż nic.

Ale trzeba też zdawać sobie sprawę, że wiążą się z tym liczne problemy. W przypadku osób, które hodują marihuanę wyłącznie na własny użytek nie jest on tak wielki. Jednak kiedy ktoś zaczyna robić leki dla innych ludzi, nawet jeśli nie działają jako firma, ale nawet zwyczajnie chcąc pomóc innym – musi zdawać sobie sprawę z tego, że idzie za tym duża odpowiedzialność. Wielu z nich nie zna bowiem zagadnień związanych z chemią, bezpieczeństwem, toksykologią…

Zatem musimy się liczyć z tym, że produkując na własny użytek lek, z własnoręcznie zebranych konopi, uzyskany produkt  okaże się dla nas toksyczny, bo, przykładowo, zawierać będzie zanieczyszczenia?

Oczywiście. I to nie tylko moje spekulacje, to się dzieje. Jeśli przejrzeć niektóre raporty przygotowane przykładowo przez FDA [amerykańska Food & Drug Administration, zajmująca się nadzorem m.in. nad lekami], to można zauważyć, że wiele z nich, przede wszystkim olej z konopi, które są sprzedawane nie są tym, co jest napisane na opakowaniu. Niektóre z nich w ogóle nie zawierają marihuany. Albo ich producenci nie są wystarczająco inteligentni, albo są po prostu… oszustami. I w ten sposób wyciągają ogromne sumy pieniędzy od ciężko chorych ludzi a zatem są po prostu kryminalistami. Ale dopóki nie ma żadnej kontroli, bo nikt nie ma w swoim domu laboratorium. Ile CBD zawiera mój olej? Nikt tego nie powie, bo jak masz to sprawdzić? To niemożliwe.

Gdy mówimy o ludziach dotkniętych naprawdę poważną chorobą, ich celem nie jest wyprodukowanie sobie własnego leku. Im zależy przede wszystkim, by otrzymać coś, co im pomoże, i to już, jak najszybciej. Ma być bezpieczne i odpowiednio skuteczne. Natomiast ludzie, którzy sami hodują marihuanę w swoim ogródku nie przejmują się tym, bo nie taki jest ich cel. Są ludzie, którzy konopie lubią tak bardzo, że chcą z nich robić wszystko. To oni najczęściej wypowiadają się na blogach i stronach internetowych,  spotkaniach aktywistów. Ale jeśli bliska mi osoba dowie się że cierpi na stwardnienie rozsiane, nie stanie się z dnia na dzień hodowcą konopi – bo nie na tym jej zależy. Chce po prostu uzyskać lek, który jej pomoże. Z tego powodu uważam że w przyszłością są niekoniecznie wielkie firmy. Mogą być małe, jak w przypadku leków roślinnych. Tego rynku nie kontrolują przecież wyłącznie duże koncerny farmaceutyczne – istnieją tysiące małych, niezależnych dostawców, i możesz wybrać spośród licznych źródeł. Jednak zapewniają wymagane minimum jakości oferowanego towaru.

Uważa Pan zatem, że powinny mieć chociażby laboratoria, które umożliwią im sprawdzenie zawartości, zanieczyszczeń…

Dokładnie tak. Kiedy pacjent udaje się do lekarza i prosi o leki ziołowe, zazwyczaj nie pochodzą one od jednego, wielkiego producenta. Można wybierać spośród licznych dostawców. Ale każdy z takich leków został przetestowany choćby w minimalnym stopniu, by mieć pewność, że jest bezpieczny i zawiera te składniki, które powinny w nim być.

Gdy mówimy o lekach na bazie konopi, mamy do wyboru różne sposoby dostarczania kannabinoidów do organizmu. Jaki ich rodzaj jest najlepszy dla pacjentów?

W przeszłości powiedziałbym, że waporyzacja – bo to jak „palenie bez palenia”. W ankietach zawsze, gdy pyta się o to, jak pacjenci zażywają marihuanę najczęściej pierwszą wybieraną opcją jest palenie. Gdy zamieniasz palenie na waporyzację masz taką samą substancję aktywną, ten sam sposób przyjmowania i równie szybkie efekty, ale nie wdychasz przy okazji toksycznych składników znajdujących się w dymie. Ale obecnie myślę, że równie ważny jest olej. Przy jego użyciu możesz podać znacznie większą dawkę całkowitą, niż w przypadku waporyzacji. Zatem te dwa sposoby – waporyzacja i olej – myślę że mogłyby pokryć 90% wymagań stawianych przez pacjentów.

A jakie są główne różnice między metodą waporyzacji, a olejem z konopi? W dawkowaniu, efektach ubocznych?

To kwestia zwykłej biologii. Jeśli coś wdychasz, substancja chemiczna przechodzi do płuc, a dalej przedostaje się do krwi. Zachodzi to w ciągu około 2 sekund. Na tym polega działanie leków – zaczyna się ono w momencie, w którym dotrze on do układu krążenia. Następnie krąży po ciele, docierając do miejsca docelowego. Poprzez inhalowanie osiągamy to w mgnieniu oka, co również sprawia, że łatwiej możesz dobrać dawkę. Pociągasz raz, czekasz 10 sekund, stwierdzasz – „to wystarczy”, albo „nie jestem jeszcze na haju” – więc mogę wziąć drugą dawkę. Osiąga się szybki efekt, i możesz ustalić w prosty sposób schemat dawkowania. Ale większość z tego, co wdychasz nie przechodzi przez wątrobę. To co dociera do organizmu przez płuca trafia do tego narządu tylko w niewielkim stopniu. Jeśli coś zjesz, upłynie znacznie więcej czasu zanim lek trafi do krążenia ustrojowego, ale duża część z kolej przechodzi przez wątrobę. Ów narząd zmienia chemiczną strukturę tych substancji w coś całkowicie innego. Zatem ostatecznie lekiem, który znajduje się we krwi jest nie THC czy CBD, ale ich metabolity. Uważam, że w przypadku niektórych chorób to, co działa naprawdę, nie jest samym THC i CBD, ale właśnie owymi metabolitami powstającymi w wątrobie. Dlatego sądzę, że wciąż musimy się wiele dowiedzieć o tym, w której chorobie korzystniejsze jest użycie oleju albo waporyzacji. Od strony czysto chemicznej – obie drogi są całkowicie różne. Również w czasie uzyskania efektów oraz w kwestii substancji, które rzeczywiście za nie odpowiadają.

Co jednak z efektami ubocznymi owych dwóch metod?

Najważniejszym działaniem niepożądanym jest oczywiście bycie „na haju”. Może przerażać ludzi, powodować wypadki, albo możesz doznać upadku i chociażby złamania biodra… Jeśli coś połkniesz, już nic nie można zrobić – musisz to przeczekać. Nazywam to efektem „kosmicznego ciastka”. Ktokolwiek tego próbował, wie o czym mówię. Jeśli ktoś cię takim poczęstował, i było dość silne, to następne 3 czy 4 godziny raczej nie będziesz zbytnio szczęśliwy. Natomiast w przypadku drogi inhalacyjnej efekty masz szybko, i łatwiej jest je kontrolować. W skrócie – powiedziałbym że dla THC najlepsza jest inhalacja, a dla CBD – spożywanie oleju jest lepsze.

Czy może Pan powiedzieć coś o innych efektach ubocznych? Niektórzy ludzie biorą udział w badaniach klinicznych, ale w którymś momencie rezygnują z udziału. Dlaczego?

Warto zaznaczyć, iż nie zawsze rezygnują dlatego, bo naprawdę tego chcą. Czasem to lekarze każą im się wycofać, bo uważają że kontynuacja eksperymentu byłaby zbyt ryzykowna, a chcą uniknąć oczerniających opinii. Więc najczęściej rezygnacja z eksperymentu nie oznacza, że lek jest źle tolerowany. Najważniejsze efekty uboczne to zawroty głowy, nudności i wymioty, objawy lekkiej paranoi. Ludziom wydaje się wtedy, że są manipulowani przez lekarza, lub dzieje się z nimi coś dziwnego. Pieczenie oczu, niepokój… Nie są to poważne efekty uboczne, ale w badaniu klinicznym podchodzi się do tego bardzo restrykcyjnie. Gdy w ich trakcie coś pójdzie nie tak, wymaga to przeprowadzenia dodatkowego dochodzenia, bo inaczej wszyscy będą zadawali dodatkowe pytania. W badaniach z marihuaną medyczną kładzie się szczególny nacisk na bezpieczeństwo, dlatego gdy cokolwiek złego się stanie – zostaje ono wstrzymane.

Kiedy ludzie używają marihuany z powodu choroby, nie próbując przedawkować by osiągnąć uczucie „haju”, udowodniono, że efekty uboczne będą raczej łagodne i bezpieczne.

Są jednak skutki, które pojawiają się po długim czasie stosowania leku. Co mówią na ten temat badania kliniczne? Chyba nie przeprowadzono dotąd wiele takich, które skupiałyby się na tym jak marihuana, stosowana przez wiele miesięcy, wpłynie na organizm ludzki?

Cóż, jedyne badanie obejmujące dłuższy okres obserwacji dotyczyło Sativexu. Nie ujawniono w nim, by tolerancja na podawaną dawkę wzrastała. Zajmuję się Cannabis Dutch Programme, w którym widzimy dokładnie to samo. Monitorowaliśmy ilość używanej marihuany na przestrzeni 10 lat i średnia, dzienna dawka pozostaje ta sama. To oznacza, że wraz z upływem czasu ludzie nie potrzebują więcej, by otrzymać ten sam efekt. Uważam, że w kwestii długofalowego zażywania marihuany medycznej w odpowiedzialny sposób nie ma żadnych efektów ubocznych.

Większość rzeczy, których się boimy to konsekwencja analizy badań nad osobami nadużywającymi marihuany. To ludzie, którzy zaczynają palić jointa dziennie w wieku lat 15, albo tacy, którzy palą jej więcej w nieodpowiedzialny sposób. Oni przedawkowują cały czas – więc nie można tego odnosić do marihuany medycznej.  Doświadczają paranoi, schizofrenii, a nawet mają zaburzenia w rozwoju mózgu. Jednak ludzie którzy używają marihuany medycznej pod nadzorem lekarza zaczynając w wieku, powiedzmy 21 lat, albo nawet 25 – kiedy mózg jest już w pełni rozwinięty – osobiście nie uważam, by dotyczące ich ryzyko było wielkie.

Marihuana jest jednak rozważana jako sposób leczenia padaczki u dzieci. Czy uważa Pan że w chorobie o tak dewastującym wpływie na mózg ostateczny bilans korzyści i ryzyka w tej chorobie przemawia za jej stosowaniem?

Warto podkreślić, że to nie jest leczenie – znosi jedynie objawy. Przestajesz brać marihuanę, i one wracają. Nie jestem w stanie powiedzieć, co się stanie z tymi dziećmi gdy już dorosną, a objawy epilepsji znikną – bo to jest wciąż nowa metoda. Znamy ją dopiero od kilku lat. W trakcie badań klinicznych jest preparat producenta Sativexu o nazwie Epidiolex. Zawiera on tylko CBD[kannabidiol – jeden z głównych kannabinoidów zawartych w marihuanie, nieposiadający właściwości psychotropowych – przyp. red]. Wykazano, że tylko niewielki odsetek dzieci dzięki niemu całkowicie uwalnia się od choroby, jest pewna liczba dzieci, u których napadów jest mniej, ale są również takie, u których nie odnosi on żadnego efektu. Więc znów trzeba powiedzieć – to nie jest cudowny lek. Odnosi pozytywne skutki, czasem po pewnym czasie jego efekt się wyczerpuje, więc jest dokładnie taki, jak każdy inny.

To, co dla mnie jest szczególnie interesujące w przypadku padaczki dziecięcej – nie trzeba robić pełnowymiarowego badania klinicznego by udowodnić że działa, ponieważ 5-letnie dziecko nie może udawać, że nie ma epilepsji. Jeśli ma napady – ma je, jeśli nie – nie ma ich. Wystarczy na nie spojrzeć i liczyć ich częstotliwość. Nie ma jednak odpowiedzi na pytanie, co się stanie z rozwijającym się mózgiem jeśli zaczniesz im podawać THC od 5-go, czy nawet 1-go roku życia. Będziemy to wiedzieć, gdy osiągną 20 rok życia, i będziemy mogli znów je zbadać, a to zajmie przynajmniej lat 15. Zatem – obecnie to wciąż pytanie otwarte. Jednak jeśli nie będziemy ich leczyć – umrą. Nie dożyją nawet do 7 urodzin, bo się nie rozwiną. Więc zadając to pytanie trzeba myśleć przede wszystkim o tym – jakiego zła pragniesz uniknąć? Jakie są konsekwencje nieleczenia? Myślę, że często w debacie o konopiach zapominamy o tym. Gdy ktoś umiera, ma raka albo padaczkę – owszem, marihuana może dawać długofalowe skutki uboczne, ale niepodanie jej w perspektywie czasu będzie miało skutek jeszcze gorszy.

Jeśli ktoś bierze marihuanę, i doświadcza po tym uczucia „haju” lub innych skutków ubocznych, które całkowicie uniemożliwiają normalne życie – czy może po prostu przerwać takie leczenie dosłownie „z dnia na dzień”?

W przypadku używania marihuany medycznej nie ma większych problemów z nadużywaniem lub uzależnieniem, więc takie stwierdzenie raczej nie ma tutaj odniesienia. To tak, jakbyśmy kogoś, kto spożywa lampkę wina dziennie, leczyli w taki sposób, jakby piła dwie butelki. To zupełnie różne rzeczy. Uważam zatem, że musimy całkowicie oddzielić to, czego nauczyliśmy się od nadużywania, lub rekreacyjnego zażywania marihuany, od jej stosowania w medycynie. Bo nikt, kto chce osiągnąć „haj” nie będzie palił marihuany z CBD[kannabidiol – jeden z głównych kannabinoidów zawartych w marihuanie, nieposiadający właściwości psychotropowych – przyp. red.]! To nie miałoby sensu. Natomiast pacjenci coraz częściej odkrywają, że właśnie CBD działa na nich najlepiej, więc nie muszą być na haju… Wcale. Im więcej o tym wiemy, tym lepiej będziemy mogli określić ile marihuany i jaką drogą należy ją dostarczać. Zajmie to przynajmniej kilka lat. Stąd też świat nauki oraz pacjenci powinni współpracować, by uczyć się od siebie nawzajem.

Nie powinniśmy się obawiać, że nagle odstawiając marihuanę dojdzie do pogorszenia objawów?

Oczywiście, ale tak jest z każdym lekiem! Gdy przestajesz się leczyć na stwardnienie rozsiane, choroba się zaostrzy, jeśli przestaniesz brać leki przeciwnowotworowe – rak będzie się dalej rozwijał. Tak samo jest z każdym lekiem w dosłownie każdej chorobie.

Czy może być jednak gorzej, niż było przed samą terapią marihuaną?

Nie, nie uważam by były jakiekolwiek przesłanki by miało się tak dziać. Mogą występować wyjątki, ale generalnie rzecz ujmując – nie. Choroba zazwyczaj po prostu jest; w większości z nich nie możemy leczyć jej przyczyny, lecz jedynie objawy. W stwardnieniu rozsianym możesz znosić wszelkie objawy, ale gdzieś głęboko proces chorobowy wciąż postępuje. Nie możesz go zatrzymać, ani go odwrócić. To samo dotyczy wielu innych chorób. Nie można powiedzieć, że po odstawieniu marihuany jest gorzej, bo nie wiadomo co by było, gdyby pacjent w ogóle jej nie brał – na to potrafią odpowiedzieć badania kliniczne. Generalnie nie martwiłbym się o to.

W przypadku produktów z marihuaną mamy różne stężenia THC w oleju. Czy ma ono znaczenie? Czy też dawka całkowita odpowiada za efekty marihuany?

Nigdy nie rozumiałem tego „silniejszy olej jest lepszy”. Zawsze porównywałem to do leków przeciwbólowych – kiedy mam ból głowy, mogę wziąć 2 tabletki po 100 mg aspiryny, albo jedną o zawartości 200mg. Jak można powiedzieć, że jedna tabletka jest lepsza niż dwie? Mają po prostu więcej nieaktywnych składników i trzeba je połknąć, co może nie być miłe, ani łatwe… Jednak w kwestii ostatecznego efektu uważam, że to nieistotne.

Myślę, że to sprawa producentów – chcą zrobić jak najsilniejszy lek… ale dla mnie to nie ma wielkiego sensu. Przede wszystkim powinno się spojrzeć na cenę, bo być może produkcja silniejszego leku będzie ostatecznie tańsza za tą samą dawkę. Nie oznacza to jednak, że silniejszy znaczy lepszy.

Może dyskusja wzięła się stąd, że to samo działo się z marihuaną używaną w roli narkotyku. Silniejsza marihuana jest bardziej „cool” bo daje większy „haj”, ale w przypadku medycznej marihuany po prostu nie ma to zastosowania.

Jeśli zaś mowa o składzie – lepsze są ekstrakty z przewagą CBD nad THC, powinno się ich używać łącznie, a może w ogóle nie należy ich mieszać?

Istnieje wiele opinii na ten temat, ale ja zawsze odpowiadam na to pytaniem – skąd wiesz, co naprawdę robisz? Są różne ekstrakty, różne sposoby podawania, różne odmiany konopi, różne choroby i różni ludzie. Istnieje więc milion kombinacji, i skąd można wiedzieć, że właśnie ta jest najwłaściwsza? Dużo musimy się jeszcze dowiedzieć, a do tego potrzeba zadawać wiele pytań pacjentom, i przeprowadzać kolejne badania. Ludziom czasami wydaje się że coś powinno działać, bo widzieli tego przykład raz czy dwa razy, więc zdaje im się iż dostrzegają pewien schemat. Lecz jako naukowiec zdajesz sobie sprawę, że to dopiero początek.  Więc… nie ma odpowiedzi na to pytanie. Zależy od choroby, jej stadium, a nawet od metabolizmu indywidualnego pacjenta. Czy jest młody czy stary… Dlatego potrzeba przynajmniej 10 lat by stworzyć jakikolwiek lek, bo na powyższe pytania musisz znaleźć odpowiedzi.

W kwestii marihuany jest gorzej, bo nie mamy nawet badań, a ludzie na całym świecie używają różnych jej odmian – więc nawet nie wiemy, czy wciąż mówimy o tym samym leku.

Wracając jednak do kwestii bardziej teoretycznych – czy jest możliwe że połączenie THC i CBD sprawi, że efekt terapeutyczny THC się zmniejszy? Tak przecież dzieje się z jego działaniem psychotropowym.

Cóż, na to pytanie istnieje chyba 20 różnych odpowiedzi. Jeśli postrzegamy CBD wyłącznie jako środek redukujący psychoaktywne działanie THC – to świetnie. Jednak już rozmawialiśmy już o padaczce i musimy się zgodzić, że samo CBD jest substancją aktywną. Nie znamy jednak wszystkich mechanizmów jego działania, i nie znamy również jego skutków ubocznych. Nie wiemy też, jaki jest jego wpływ na inne efekty THC. Nikt nie odpowie na to pytanie – to niemożliwe. W przypadku raka dodanie CBD może być dobrym pomysłem, podczas gdy w innej chorobie sprawi, że efekt THC całkowicie zaniknie. Nie masz więc działań niepożądanych – i nie masz też pozytywnych skutków. Nie mógłbym wyciągnąć konkretnych wniosków na podstawie tego, co obecnie wiadomo. Nawet gdybym drobiazgowo przestudiował 10 przypadków, nie mogę przewidzieć co stanie się z 11. Jest zbyt wiele parametrów, kombinacji które trzeba wziąć pod uwagę. Zatem, moim zdaniem, należałoby zacząć od czystego THC, czystego CBD, a potem zacząć je mieszać by zobaczyć jakie są tego skutki. Jednak gdy każdy robi swój olej we własnym domu… Niczego się nie dowiemy nigdy – bo jest zbyt wiele kombinacji.

Mógłby Pan zatem podać przykłady chorób, w których połączenie CBD z THC spowoduje całkowity brak efektu?

[śmiech]… nie, ponieważ po prostu nie wiem! Jeżeli zgadzamy się, że CBD jest substancją aktywną, nie wiemy co robi z efektami THC. THC jest względnie nowym lekiem, i wciąż odkrywamy, co potrafi zdziałać. CBD jest natomiast całkowicie nowe, praktycznie nie wiemy jak działa. Co się stanie gdy połączymy dwa, całkowicie nowe leki? Kto na świecie może przewidzieć, jaki będzie skutek u przeciętnej osoby? Musimy się zgodzić że to fascynujące i powinniśmy się tego dowiedzieć, ale w chwili obecnej nikt nie odpowie na to pytanie. TO, co zaobserwowałbym u jednego pacjenta, co nazywane jest „przypadkiem klinicznym”, nie daje gwarancji, że przebiegnie tak samo u drugiego.

Myśli Pan zatem, że marihuana może być wyłącznym lekiem stosowanym w niektórych chorobach, czy będzie raczej dodatkiem do standardowej, już stosowanej terapii?

To już się dzieje. Ludzie idą do jednego lekarza i dostają pierwszy lek, potem idą do drugiego i otrzymują drugi. Ciągle poszukują rozwiązań – i w taki sposób, moim zdaniem, powinno się leczyć choroby. Nawet gdy jesteś w szpitalu, dostajesz przykładowo jedną pigułkę na raka, ale doznajesz z jej powodu nudności – więc otrzymujesz kolejną pigułkę na nudności, ale wtedy nie masz apetytu, więc dostajesz trzecią pigułkę na poprawę apetytu. Jeśli porozmawiasz ze swoją babcią, zapewne przyjmuje 6 różnych tabletek, które musi połykać każdego dnia. To nie jest kwestia tego, czego ja bym chciał – taka jest rzeczywistość. Ludzie będą używać wielu leków naraz. Lepiej jest więc przeprowadzać badania w takich warunkach, w których ludzie przyjmują różne substancje.

To co zaobserwowałem, i na co mam również nadzieję, pokazuje, że gdy ludzie zaczynają używać marihuany, nie muszą już brać tylu leków – bo już ich nie potrzebują. Ale nie będzie na pewno cudownym remedium które sprawi, że nie będziemy już potrzebować żadnego innego leku. Zmniejszy więc ilość przyjmowanych leków, ale całkowicie ich nie zastąpi. Powinniśmy zatem badać ją w połączeniu z nimi.

Nie powinniśmy się jednak obawiać interakcji między nimi?

Oczywiście że powinniśmy. Ale ludzie i tak będą zmuszeni przyjmować inne leki. Będą też próbować stosować wszystko, co możliwe, bez względu na to, co powie lekarz. Oczywiście, będą zachodzić między nimi interakcje, i powinniśmy mieć oczy otwarte, ale to nie znaczy, że należy propagować używanie wyłącznie marihuany, i niczego innego. Musimy najpierw poznać to, jak działa, i w których przypadkach rzeczywiście jest skuteczna. Niektórzy mogą odczuć ulgę używając wyłącznie konopi, jednak większość chorób jest zbyt skomplikowana, a nasze pojęcie o nich cały czas ulega zmianom. Wszystko sprowadza się do mojego poglądu iż nie wierzę, że marihuana to cudowny lek na wszystko. Będzie natomiast jednym z leków którego będziemy używać by leczyć skomplikowane choroby.

Głównie objawy, czy też przyczyny chorób?

Praktycznie żaden z leków nie leczy przyczyn. Większość leków, stosowanych obecnie leczy wyłącznie objawy. Może w przypadku raka będzie można go rzeczywiście wyleczyć całkowicie, ale w większości innych schorzeń jak ból czy stwardnienie rozsiane, zespół Touretta – nie sprawi że przyczyna choroby zniknie.

źródło: medycznyolej.org

Formularz z NeTeS



Photo credit: keep_bitcoin_real / Foter / CC BY

Zapraszam do komentowania...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Ann Wigmore: Żywność, którą zjadamy może być albo najlepszym i najbardziej efektywnym lekarstwem albo najwolniej działającą trucizną”.
  • Biznes na chorobach będzie trwał tak długo, jak będziesz a n a l f a b e t ą w zakresie własnego zdrowia.

  • David Suzuki: "Politycy, czy naukowcy, którzy mówią, że produkty GMO są bezpieczne, są albo bardzo głupi, albo kłamcami".